Strona Główna BIP Strona Główna
Pamiętnik elewa
 

Z PAMIĘTNIKA ELEWA

EWY PTAK-NAJDUCH

CZĘŚĆ 1 – PODJĘCIE DECYZJI

 

Trochę przypadkiem na dobówce

 

A wszystko zaczęło się od wygranej podczas licytacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w 2011 roku. Wtedy wylosowałam, całkiem dla żartu bon oferowany przez 9 Warmiński Pułk Rozpoznawczy w ramach WOŚP na udział w zajęciach dobowych z jedną z kompanii dalekiego rozpoznania.

Udział w owych zajęciach to była prawdziwa przygoda. Zima, mróz, śnieg, 24 godziny w lesie. Doświadczenie to postanowiłam opisać. Artykuł z mojej pierwszej w życiu „dobówki” przeczytał w pierwszej kolejności dowódca 9 Warmińskiego Pułku Rozpoznawczego pułkownik dyplomowany Wiesław MARSZAŁEK. Pan Pułkownik uznał, że opis tego czego doświadczyłam wart jest umieszczenia na stronie internetowej 9 pr. Następnie wysłany do rzecznika prasowego Dowództwa Wojsk Lądowych został oceniony również bardzo wysoko i w konsekwencji opublikowany w marcowym wydaniu Polski Zbrojnej 2012 roku. To było i nadal jest moje największe osiągniecie dziennikarskie. Sam szczyt, o którym nawet nie śmiałam marzyć.

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia … mówią.

 

I rację mają. Pracuję w 9 Warmińskim Pułku Rozpoznawczym już prawie dwa lata. Pracuję jako referent w Sekcji Wychowawczej, czyli jako pracownik wojska. Podkreślam to w tym miejscu, ponieważ ma to ogromne znaczenie by móc pojąć jak wielkich zmian chcę dokonać w swoim życiu. Przez te dwa lata zdążyłam nie tylko zadomowić się w Sekcji Wychowawczej ale i poznać specyfikę pułku zwiadowców. Swoim zaangażowaniem, wynikającym nie tylko z ciekawskiego usposobienia i tego, że chcę być coraz lepsza w tym co robię, coraz bardziej zorientowana i coraz bardziej profesjonalna, zdobyłam wiedzę, która pomogła mi pojąć system, w którym funkcjonowałam. Nie muszę chyba tłumaczyć jak bardzo praca w wojsku różni się od jakiejkolwiek pracy w cywilnym świecie. Nawet nie da się tego dość dobrze wyjaśnić, to trzeba przeżyć by móc zrozumieć, że to nie praca lecz prawdziwa służba.

Rozpoczęłam swoją przygodę z pisaniem całkiem beztrosko, nie wiedząc nawet czym różni się określenie Dowódca pułku od określenia Dowódca Garnizonu – to był pierwszy mój błąd merytoryczny zauważony przez wyższych przełożonych. Wtedy zaczęłam swoje studium na temat wojskowości. Pytałam i uważnie słuchałam. W miarę szybko poznałam stopnie wojskowe, system hierarchii a będąc tak blisko „wychowawczych” wymogi i ograniczenia, którym na co dzień podlegają wszyscy żołnierze. Dość szybko również zauważyłam, że sama zwracam uwagę na sposób zwracania się niższych stopniem do przełożonych, przywiązuję dość dużą uwagę do czystości obuwia czy właściwego umundurowania żołnierzy, którym robię zdjęcia podczas szkoleń. Przyznaję, że na początku jako pełnokrwisty cywil uśmiechałam się pod nosem słysząc prośbę żołnierza wchodzącego do biura, w którym pracowałam, kiedy to zwracał się do Szefa Sekcji o pozwolenie zwrócenia się do mnie. Na początku mojej pracy to było dziwne, śmieszne, zaskakujące i takie inne.

Wszystko to jednak miało swój, jak dla mnie na tamten czas, ukryty cel i sens. Tak ogólnie rzecz ujmując uważam, że jeśli w naszym życiu ma miejsce pewne wydarzenie to nie jest ono całkiem przypadkowe. To raczej tylko mała cześć większego wydarzenia, które w przyszłości ma nas doświadczyć. I tak właśnie było, kiedy pewnego dnia przyszedł do Sekcji Wychowawczej szeregowy, który wcześniej pracował w niej jako referent. Był to mój poprzednik.

 

Czemu jeszcze nie masz munduru?

 

W czasie spotkania zadał pytanie czemu jeszcze ja nie noszę munduru skoro się nadaję. Odebrałam to z dość dużym zdziwieniem. Myślałam sobie „ ja się nadaję?”. Lubię swoją pracę, lubię zwiadowców, lubię z nimi jeździć i brać udział w tym co robią. Ale oni są tacy sprawni fizycznie, a ja nie - tak sobie myślałam i nawet odpowiedziałam tymi słowami. Ja nie ćwiczę, nie dam rady z tym całym bieganiem, zaliczeniem w-f, ze szkoleniami w terenie.

W pewnej chwili do rozmowy przyłączył się młodszy chorąży i dodał „… pobiegasz, poćwiczysz i jak nic będzie z Ciebie żołnierz. Przecież już nim jesteś”. Tyle razy brałaś udział w promocji, wiesz jak wygląda kwalifikacja.

To dość dziwnie zabrzmi ale te ostatnie słowa to coś co ja wiedziałam, czułam, ale potrzebowałam, żeby ktoś mi to uświadomił. Faktycznie od przynajmniej roku „żyję wojskiem”. Wielokrotnie we współpracy z WKU Lidzbark Warmiński promowałam służbę w Wojsku Polskim i Narodowych Siłach Rezerwowych. Nie raz i nie dwa wystawialiśmy na mieście namiot promocyjno-informacyjny, gdzie za pomocą folderów, ulotek, plakatów, banerów i innych informatorów staraliśmy się zachęcić innych do wstąpienia w szeregi Armii. Rozdaliśmy tyle materiałów promocyjnych, że większość lidzbarczan z pewnością wie co to NSR. W ubiegłym roku po raz pierwszy wzięliśmy wspólnie udział w Targach Służb Mundurowych. Faktycznie kto inny jak nie ten co do czegoś namawia powinien się na tym znać i w tym funkcjonować?

Już teraz będąc cywilnym pracownikiem czuję, że w pułku jestem dość ważnym elementem. Jednym puzzlem w całej układance. Sama zgłaszam się do udziału w różnych przedsięwzięciach, sama szukam sposobności do pisania artykułu o tym co się wydarzyło, gdzie byli żołnierze, jaki element zwiadu szkolili itp. Umiem współpracować, umiem się zaangażować, rozumiem na czym polega działanie dla większości, czuję się spełniona po wykonanym zadaniu i wiem co to dyspozycyjność. Umiem też być wytrwała i dążyć do celu mimo przeszkód. Mam potrzebę doskonalenia się. Wspominałam już że jestem cywilem, który zaczynał pracę od stażu i wynagrodzenia w wysokości 475 zł netto? Przetrwałam i to, bo wiedziałam, że jeśli będę dobra w tym co robię dostanę lepszą umowę i na lepszych warunkach. Ciężko pracowałam by mnie zauważono i udało się. Teraz też nie jest najlepiej, jednak dwukrotność tamtego wynagrodzenia a nawet trochę więcej to przynajmniej 200% sukces. Chyba pieniądze nie były najważniejsze, na pewno nie. Podobało mi się to wojskowe życie, a teraz kiedy zaczęłam je rozumieć podoba mi się jeszcze bardziej. Lubię dyscyplinę, daje ona poczucie bezpieczeństwa. I przestałam reagować śmiechem na zachowanie się żołnierzy. Teraz wiem, że tak właśnie powinno być. Odnalazłam ten ukryty sens.

 

Postanowiłam

 

Wracając do rozmowy z żołnierzami… zaczęłam rozważać, zadawać sobie pytania i doszłam do wniosku, że tak, że ja już czuję się żołnierzem. Nie mam tylko munduru i prawa do oddawania honorów. Zmienię to! Postanowiłam.

Pierwszy krok ku spełnieniu tego postanowienia zrobiłam w stronę WKU Lidzbark Warmiński. Tam powiedzieli co mam zrobić. No to do dzieła! Zebranie wymaganych dokumentów zajęło mi około tygodnia. Następnie wypełnienie odpowiednich dokumentów w WKU. Później nadszedł czas na badania w Terenowej Wojskowej Komisji Lekarskiej w Olsztynie.

Wizytą w TWKL byłam zdenerwowana i trochę zszokowana. Do tylu lekarzy specjalistów i w dodatku jednego dnia, nie miałam jeszcze okazji pójść. Zbadali mnie całą. Od stóp do głów.

Po zarejestrowaniu się w TWKL szybko ułożyłam sobie trasę odwiedzin u lekarzy z listy. Kryterium było proste. Żeby zdążyć do wszystkich jednego dnia musiałam najpierw pójść tam gdzie godzin przyjęć było najmniej. Takie oczywiste? Byłoby gdybym była tam tylko ja. Ale nie, tam siedziały babcie trzymające za klamkę drzwi w razie gdyby przed nimi chciał ktoś wejść. Czekałam cierpliwie myśląc, że to także forma testu - na odporność psychiczną i cierpliwość. Przyda się w wojsku pomyślałam.

Chętnych do służby było kilkoro. Ośmiu panów i ja. Szybko nawiązałam z chłopakami kontakt i okazało się, że ich stosunek do kobiet w wojsku jest całkiem przyjazny. W trakcie rozmów w poczekalni zauważyłam, że mam dość dużą wiedzę. Pracując w jednostce mimowolnie zmienił się krąg moich zainteresowań. Wiem co to BRDM, MSD, CZAS P i W, wiem co ma nastąpić kiedy oficer dyżurny podaje rozkaz „pułk baczność”, wiem co robią żołnierze wchodząc na stołówkę, wiem co to Apel Pamięci i kompania hornowa, co to salwa i od której nogi żołnierz zaczyna marsz …cywile nie mają pojęcia o tym co dla mnie już jest normą. Takie myśli przelatywały mi przez głowę kiedy widziałam miny pań czekających do lekarza i będących świadkiem moich rozmów z chłopakami. Były zszokowane bardziej niż ja tymi wszystkimi lekarzami.

Wizyta u laryngologa zapadła mi w pamięć… Pukam, wchodzę i na dzień dobry słyszę od Niego „niezdolna”. Ze zdziwieniem odpowiedziałam „zdolna, zdolna Panie doktorze, a nawet utalentowana” na co On z uśmiechem „ Nie nadaje się bo Pani Baba jest”. „ Nadaje, nadaje, dam sobie radę, nie ja pierwsza nie ostatnia”. Zbadał, kartę podbił, podpisał i życzył powodzenia.

Kolejne wymagane badania to testy psychologiczne. Pamiętam bardzo dobrze, że o 7:30, 9 sierpnia 2012 roku siedziałam już na sali, gdzie na ławce położono mi testy, które miały dać odpowiedź na pytanie jakim typem osobowości jestem. Trzy zestawy, dwa składające się z 220 pytań i książeczka z zadaniami do rozwiązania - test na poziom inteligencji. Po nich test na urządzeniach sprawdzających koordynację i szybkość reakcji. Stresowałam się, bo wielokrotnie słyszałam, że to właśnie na testach psychologicznych odpada największa ilość kandydatów. Chyba wiem dlaczego. Wynika to zapewne z próby manipulowania przez respondenta. Pytania są ułożone w taki sposób by wykryć tę próbę „wybielenia siebie”. Postanowiłam, że będę odpowiadać szczerze i jeśli okaże się, że się nie nadaję, to trudno. Widocznie się nie nadaję i wojsko nie dla mnie, nadal będę referentem. Okazało się jednak, że moje wyniki były bardzo dobre. W czasie wywiadu, bo to nim kończyły się badania, Pani psycholog powiedziała, że posiadam cechy predysponujące mnie do zawodu żołnierza. Wyszłam z oryginałem dokumentu zaświadczającego o tym, że pod względem psychologicznym żołnierzem Wojska Polskiego być mogę.

Czekałam jeszcze na wyniki badan z TWKL, bo na nie niestety czeka się dość długo. Po około 2 tygodniach otrzymałam powiadomienie, że stan mojego zdrowia jest na poziomie bardzo dobrym i Komisja przyznaje mi kategorię „A czyli ’- zdolna do pełnienia służby!!!. Od razu następnego dnia pobiegłam do WKU.

 

Moja karta powołania

 

W piątek 17 sierpnia 2012 roku, dzięki rzetelnej pomocy WKU i sprawnemu przebiegowi procesu rekrutacji otrzymałam kartę powołania do służby przygotowawczej. Swoje szkolenie odbędę na terenie Centrum Szkolenia Łączności i Informatyki w Zegrzu. Cały te proces rekrutacji wydawać się może dość trudnym do przejścia, jednak jeśli otrzyma się fachową pomoc ze strony WKU to naprawdę wymagana biurokracja nie powinna nikogo zniechęcić. Jak to mówią „nie taki diabeł straszny”. Ja uważam, że pokierowano mną rzetelnie i wszystko przebiegło w miarę szybko i sprawnie.

Data wstawienia się to 3 września 2012 roku do godz. 13:00. Zostały mi zatem dwa tygodnie na przygotowanie się do wyjazdu. Na szkoleniu spędzę cztery miesiące. Trzy na szkoleniu podstawowym i miesiąc na szkoleniu specjalistycznym.

Jestem taka szczęśliwa, że dostanę tę szansę, ale i przerażona bo jestem matką sześcioletniej Niny i rozłąka z pewnością będzie dla nas trudna. Swoją szansę jednak wykorzystam i dam z siebie wszystko by móc w przyszłości stanąć na rozprowadzeniu w mundurze a nie w sukience.

 

 

CZĘŚĆ 2 – POCZĄTEK

 

Początek

 

Rozpoczął się cykl mojego szkolenia w Służbie Przygotowawczej do Narodowych Sił Rezerwowych. Pierwsza noc była ciężka, prawie wcale nie spałam. Targały mną takie emocje, że sama nie wiedziałam czy bardziej czuję radość czy przerażenie. Cieszyłam się przyjazdem do Centrum Szkolenia w Zegrzu ale wszystko co mnie otaczało było takie inne. Metalowe szafki, szafa na ubranie, taboret i moje „kojo” łóżko mocno już wysłużone, skrzypiące za każdym razem kiedy tylko się poruszyłam. Pierwszy dzień był bardzo długi, kilka godzin w poczekalni później kolejnych na pobieraniu sortów mundurowych, wizyta u lekarza, psychologa i wypełnianie niezbędnej dokumentacji, posiłek i na koniec przydział do izby żołnierskiej. Druga kompania pluton 1. Około godziny 20:00 trafiłam na izby, usiadłam na łóżku i … konsternacja. Sama nie wiedziałam jak i co czuję i co mnie czeka. Z opowiadań koleżanek i kolegów posiadałam wiedzę o tym jak jest w wojsku, ale teoria od praktyki rożni się bardzo o czym szybko się przekonałam. Po tym długim dniu położyłam się na sprężynowym łóżku z dwoma szarymi kocami i białą poduszką. Jednak zamiast spać rozmyślałam, nie mogłam się zrelaksować. Myślałam o Ninie, o tym, że zmieni się moje życie i że te zmiany przyjdą pewnie szybciej niż sądzę. Nie myliłam się. Już następnego dnia zobaczyłam, że życie cywila jest, nie wiem czy to dobre określenie ale swobodne. Taki właśnie epitet przychodzi mi na myśl.

 

Pobudka, pobudka, kompania wstać!

 

Tak mnie przywitał nowy dzień, pierwszy dzień w wojsku. 5:30 a na korytarzu podoficer dyżurny pododdziału ogłosił pobudkę. Pomyślałam sobie po co On tak krzyczy, matko przecież jest 5:30 . W dodatku powiedział, ze do wyjścia na poranny rozruch fizyczny mamy 8 min. 8 min!!! Jak w takim czasie, zrobić poranną toaletę, ubrać się i przygotować łóżko „na wietrzenie”? to niewykonalne!

Rozruch fizyczny to to co robimy każdego dnia prócz niedzieli i czasami soboty, kiedy w zamian trzepiemy nasze szare koce. Później szybka toaleta, błyskawiczna wręcz bo trzeba iść na śniadanie. To jeden z tych miłych momentów kiedy siedzisz. Następnie albo nauka podczas wykładów teorii z różnych przedmiotów albo nauka regulaminów. Po obiedzie, przyznaję, że w Zegrzu to na jedzenie narzekać nie można, maszerujemy na zajęcia praktyczne a później moja ulubiona musztra. Śmieję się teraz, bo w pierwszym tygodniu to płakać mi się po niej chciało. Moje stopy cierpiały tak jak moja psychika. Dwie godziny nauki równego maszerowania w słońcu czy deszczu, co nie miało żadnego znaczenia, przechodzenia z marszu do biegu, z biegu do marszu, formowania różnych szyków i uczenia się wykonywania zwrotów na komendy naprawdę nie było łatwe. A jeszcze gdy nam nie szło, a często nie szło, oj często, przełożeni kierując się starą zasadą „przez nogi do głowy” wydawali komendę „ na wprost biegiem marsz” biegaliśmy w tych opinaczach mając ochotę śmiać się i płakać zarazem. Ale jaka radość była i duma gdy przeszliśmy 100 metrów równym krokiem, tempem i podobnym układem rąk. Pamiętam to uczucie bardzo dobrze. Taka mała rzecz a jak cieszyła. 21 pluton jednakowo, równo przemaszerował swoje pierwsze 100 czy 200 metrów. 21 pluton- mój pluton.

 

Izba żołnierska 116

 

Izba żołnierska nr 116 to miejsce gdzie szer. elew PTAK-NAJDUCH ma swoje miejsce wraz z trzynastoma innymi żołnierzami kobietami. Pierwszy tydzień był ciężki nie tylko pod względem zmian jakie mnie napotkały. To nie tylko rozłąka z rodziną czy nowe warunki były trudne. Wyobrazić sobie nie trudno, że czternaście kobiet w jednym pokoju to już powód do obaw, że o dyscyplinę będzie trudno. Każda z nas jest indywidualnością, każda ma swoje doświadczenia, mądrości, każda wie wszystko najlepiej i chce by inne robiły to co ona uważa za słuszne. Oj ciężko było się dogadać. Do tej pory choć minęły trzy tygodnie nadal nie jest idealnie i każdego poranka znajdujemy sobie powód do utarczek ale co zrobić zanim staniemy się mentalnie żołnierzami i zanim zaczniemy tworzyć prawdziwą grupę minie pewnie jeszcze trochę czasu i trochę potu spłynie po plecach.

 

 

CZĘŚĆ 3 – kbk AKMS I PRZYSIĘGA

 

Kbk AKMS

 

Uroczyste wręczenie broni to miał być ten moment w moim życiu wojskowym, który jak mówili moi koledzy żołnierze zapisze się na kartach mojej pamięci pogrubioną czcionką. Był ważny ale nie tak jak pierwsze jej rozłożenie. To było coś co zapamiętam na całe życie. Po instruktażu podeszłam do stołu i zaczęłam wykonywać czynności do częściowego rozłożenia broni. Odpiąć magazynek, wysunąć wycior, zdjąć pokrywę komory zamkowej itd. Ale mi się to podobało, sama nie wiem czemu bo myślałam, że nie lubię broni a tu takie zaskoczenie. Wykłady z tej tematyki tez zaliczam do tych bardziej interesujących. Teoria strzału czy budowa kbk AKMS nie sprawiły mi większych trudności. Teraz czekam na zajęcia ogniowe, ciekawa jestem jak u mnie z celnością i skupieniem. Przed wstąpieniem do Służby Przygotowawczej czytałam dane techniczne o kbk i wiedziałam, że waży około 4 kg ale znowu okazało się, że teoria może się mieć nijak do praktyki. Mój „kałach” okazał się być cięższym niż sadziłam, szczególnie wtedy gdy szkoliliśmy się do przysięgi.

 

Do przysięgi, po przysiędze

 

Został tydzień do dnia gdy złożę przysięgę wojskową. Czas ucieka, emocje coraz większe, przygotowania ruszyły pełną parą. Wiele godzin spędzaliśmy na placu apelowym Centrum gdzie szkolimy elementy do złożenia przysięgi. Oczywiście najtrudniejszym okazało się wykonać zdjęcie i nałożenie beretu na czas komendy „do Przysięgi” „ po Przysiędze”. Szkoliłam ten element w ubikacji przed lustrem, może to śmieszne ale i po korytarzu krokiem defiladowym poruszałam się prawie cały czas. Nie jest to wcale takie łatwe jak by się mogło wydawać. Miałam jednak motywację, ponieważ zostałam wyróżniona przez przełożonych za uzyskanie bardzo dobrych wyników w szkoleniu. To takie miłe gdy zaczynasz w swoim życiu robić coś nowego i uzyskujesz aprobatę innych osób. Jestem dumna z siebie.

28 września o godz 10:00 na placu apelowym CSŁiI wypowiedziałam słowa Przysięgi Wojskowej. Moje emocje sięgnęły jednak zenitu gdy po odczytaniu rozkazu o wyróżnieniu maszerowałam do Komendanta Centrum po otrzymanie wyróżnienia. Pierwsze trzy kroki wykonałam w pełnym skupieniu, poprawnie równo według parametrów określonych w regulaminie musztry. Ale to tylko do czasu gdy ujrzałam swoich bliskich stojących z dowództwem na trybunie. Stała na niej moja siostra z córką, która mieszka na co dzień w Irlandii i z którą widzę się tak rzadko. Nie wiedziałam, że będą w Polsce. Byłam tak zaskoczona, że … delikatnie zboczyłam z toru marszu. Tyle razy to ćwiczyłam, żeby dojść na wyznaczony punkt ale widok Agi i Gabi i mojej Niny wyprowadził mnie ze stanu skupienia. Łzy napłynęły do oczu a na sercu było tak…nie wiem jak to opisać. Byłam najszczęśliwszym żołnierzem na placu. Nie dość, że wyróżnioną jedyną kobietą to jeszcze z takim wsparciem ze strony rodziny i przyjaciół. To, że nie zemdlałam uznaję za swój sukces. Po komendzie prowadzącego uroczystość o wystąpienie rodziny do wyróżnionych żołnierzy, stanęły za mną najważniejsze osoby w moim życiu, córka, mąż, rodzice, rodzeństwo i przyjaciele. Dumny szer. elew. PTAK-NAJDUCH wypowiedział słowa „Ku chwale ojczyzny” dziękując Panu Generałowi NASIADCE i Panu Pułkownikowi FURZE za wyróżnienie, słowa uznania i gratulacje. To był jeden z ważniejszych momentów mojego życia. Te czarne litery na białej karcie nie są w stanie oddać tego co czułam wtedy, nie ma takich słów… ja ich nie znam. To była moja chwila, moje pięć minut, powód do dumy i nagroda za wysiłek, a także motywacja by nadal się szkolić i znosić trudy tego czego podjęłam się dnia 3 września 2012 roku.

 

 

CZĘŚĆ 4 – ZMIANY

 

Zmiany świadczą o ciągłości dowodzenia

 

To zdanie słyszę w wojsku dość często. W tym przypadku akurat zmiana okazała się być zmianą na lepsze. Z izby żołnierskiej numer 116 przeprowadziliśmy się do budynku gdzie w izbie numer 110 jesteśmy we cztery. Kaśka, Gośka, Justyna i ja tworzymy swoją małą społeczność wspierając sie, żaląc i mobilizując do wytrwania w postanowieniu wstąpienia do NSR. Póki co dogadujemy się świetnie. Nasz nowy pokój to można rzec zmiana z warunków motelowych na hotelowe. Dość dużo miejsca, cisza, trzy prysznice więcej niż w poprzednim rejonie zakwaterowania. Sześć kabin prysznicowych na siedemdziesiąt kobiet to i tak uważam mało, ale żołnierz nie narzeka więc wyrażam zadowolenie z faktu przeprowadzki.

 

Wojskowe powiedzonka

 

Na tej naszej kompanii dzięki kadrze, która takich szeregowych jak ja wyszkoliła już całe szeregi uczę się fajnych powiedzonek. Lubię na przykład odpowiedź na pytanie przełożonego „Co robi żołnierz w szyku?” Odpowiedź regulaminowa to: kryje, równa, łączy i odstępuje, ale ta mniej poprawna brzmi „stoi i się boi”.

Nie jest chyba tajemnicą to, że w wojsku przeklina się nieco więcej. Na początku drażniło mnie to trochę, ale teraz znajduję przykłady na to, że może być to nawet zabawne aniżeli wulgarne. Pewnie teraz tym zdaniem narażę się kilku osobom, ale trudno. Do moich ulubionych należy także powiedzenie, że w wojsku jest chuj… ale jednakowo. Tyczy się to zarówno wyglądu zewnętrznego jak i porządków w izbach. To budujące, bo oczywistym jest, że w hełmie, niebieskich dresach i trampkach czy piżamie w niebiesko-białą kratkę nie wygląda się fashion. Ale gdy na korytarzu w budynku OSP, każdego dnia o tej samej porze staje ponad setka tak samo ubranych żołnierzy to masz raczej poczucie przynależności, a nie wyjątkowości. Nie ma tu lepszych ani gorszych, wszyscy mają być równi na starcie. Podoba mi się to. Zapewne wiąże się to z dość smutnymi wspomnieniami z dzieciństwa związanymi ze szkołą podstawową. Chodziłam do niej ubrana w mundurek. Biała koszula, granatowa spódniczka, białe podkolanówki, muszka i lakierki. Większość osób wie o czym mówię. I nie byłoby w tym nic smutnego jeśli wszyscy chodziliby ubrani właśnie tak. Jednak w mojej klasie tylko ja wyróżniałam się tym regulaminowym ubrankiem. Moja siostra pewnie przeżywała to samo. Teraz gdy mam już trochę więcej niż 6 lat lubię się wyróżniać, ale też odnajduję poczucie bezpieczeństwa gdy jestem jedną z tych stu a nie jedną na sto. To dość skomplikowane ale zależne jest to od sytuacji. Jeśli czuję się w czymś pewnie to wolę się wyróżniać, natomiast kiedy zaczynam coś robić i wiem, że nie jestem w tym najlepsza to wolę stać w szyku a nie przed jego frontem.

 

Kadra 2 kompanii

 

Po ponad miesiącu szkolenia zaczynamy się dogadywać i między sobą i z przełożonymi. Wynika to zapewne z zakresu wiedzy jaką w tym czasie przyswoiliśmy. Zaczynamy już rozumieć na czym ta cała dyscyplina polega. Dlaczego jest tak a nie inaczej no i mamy już większą świadomość tego co nas czeka za niesubordynację. Pamiętam dobrze naszą pierwszą „karę” za leżenie na łóżku w czasie dnia. Jedna z szeregowych leżała a pompował cały pokój 116. Myślałam, że nie umiem wykonywać tego fajnego ćwiczenia poprawiającego tężyznę fizyczną jakim są pompki, ale pod wpływem strachu zrobiłam ich aż pięć. Aż bo ani jednej nie mogłam zrobić przed wyjazdem do Zegrza. Od tamtej pory ćwiczę systematycznie. Proszę jak to w wojsku można odkryć swoje ukryte talenty, pokłady energii o których nie miało się wcześniej pojęcia.

Wracając do kadry…

Nie chcę wymieniać nikogo z nazwiska ale muszę wspomnieć o kilku osobach. One będą z pewnością wspominane przeze mnie na tych uroczystościach rodzinnych, gdzie na stole stoi łączący Polaków biały trunek a wokół zasiada rodzina spotykająca się kilka razy do roku. I wtedy zaczynają się te opowieści sprzed lat.

Ja na pewno opowiem o swoim w/z dowódcy kompanii. Pan Chorąży to taki typ człowieka, który „opierdziela” nas każdego dnia, lubi porządek na kompanii i lubi nas mimo, że mówi inaczej. Skłonny nawet do pogawędki i dawania porad co do techniki rozkładania broni. Na poligonie dokręca śrubę tak, że się Go wyklina, nienawidzi, ale to właśnie dzięki Niemu zasypiamy jak małe dzieci po powrocie do OSP i stajemy się żołnierzami.

Szef kompanii to żołnierz jak się zwykło w wojsku mówić „połapany”. Wszystko załatwi. To, że czegoś nie ma nie znaczy, że nie będzie. Trzeba chwilę poczekać, Szef wykonuje telefon i jest. Najpierw się nadenerwuje mówi że głowę zawracają, że nie teraz, że czasu nie ma, a za chwilę … że zbiórka w celu udania się do magazynu mundurowego, albo wymianka pościeli czy piżam. Niby błahe ale jeśli ktoś wie ile na głowie ma Szef kompanii to wie, że papier toaletowy, nowa poszewka czy mniejsza o numer piżama to małe potrzeby i gdyby Pan Chorąży tylko chciał to by pognał takiego co czegoś właśnie teraz potrzebuje, gdzie pieprz rośnie. Trochę nerwowy ale nie wzbudza żadnych negatywnych emocji bo po tym jak da reprymendę, spojrzy Ci prosto w oczy i się uśmiecha. Taki srogi żołnierz z miłym uśmiechem.

Dowódca plutonu to też taki „stary sort” żołnierza. Taki „nasz” dowódca co uczy, krzyczy na nas ale i broni swoich żołnierzy. Też lubi porządek, wylewa z kubka kawę jeśli ktoś zostawił, z szafy wyrzuca to co nie poukładane, prasować łóżka każe, taboretami oczywiście, pochować skrzętnie wszystko co cywilne. Mówi „ możecie mieć te swoje suszarki, majtki, balsamy, kremy, lakiery, wszystko możecie mieć byle bym tego nie widział” a że zagląda wszędzie no to mieć nie możemy. No i odpytuje na apelach. Pilnuje by regulaminowo występować z szyku i do niego powracać, by równym krokiem maszerować, by w szyku nie rozmawiać. Jak On jest to jakoś tak ładnie maszerujemy, uważamy, żeby kroku nie zgubić bo biegać będziemy. A musztrę z Panem Chorążym to ja dobrze pamiętam. Bieganie w opinaczach nie należy do moich ulubionych czynności.

Wspomnę także o Panu Majorze - komendancie Ośrodka Szkolenia Podstawowego, któremu składałam swój pierwszy meldunek w czasie pełnienia służby dyżurnego pododdziału. To było wyzwanie i doświadczenie, które pewnie opiszę po kolejnej swojej służbie. Mam już wyznaczony jej termin wiec zobaczę jak to jest za pierwszym razem a jak za kolejnym. Pan Major to oficer stanowczy, bardzo zrównoważony i wzbudzający respekt wśród podwładnych. Trudno mi Go opisać bo kontakt z majorem jest raczej sporadyczny. Wiadomo droga służbowa nie pozwala na swobodną rozmowę, ale zdarza się że Pan Major zapyta o coś nie związanego z zajęciami. Ma się wtedy wrażenie, że interesuje się żołnierzami jako jednostką a nie drużyną, plutonem czy kompanią. To miłe.

No i oczywiście nie mogę zapomnieć o ludziach od „czarnej roboty” czyli tych, którzy szkolą nas na co dzień i zmieniają nasze dusze cywila w dusze żołnierza. Są to dowódcy drużyn, którzy każdego dnia borykają się z trudami konspektów zajęć, naszymi charakterami, niesnaskami, ale i uczestniczą w tym co miłe, a wiele jest momentów, które nas cieszą. Chyba co raz więcej. To oni właśnie są z nami od 5:30 do 21:30, do czasu kiedy wojsko idzie spać. To do nich mamy tysiąc pytań, spraw, zażaleń, wniosków, to oni dbają o nasze wyszkolenie i poziom wiedzy. To oni mają nas najczęściej dość ale i znają nas najlepiej i najprawdopodobniej to właśnie im będzie zależało na tym byśmy ukończyli szkolenie z dobrymi wynikami. Jestem matką i przychodzi mi na myśl takie porównanie, że to taka forma wychowania. Wkładasz czas, wysiłek, angażujesz się jak możesz żeby wykreować z dziecka człowieka samodzielnego i odpowiedzialnego i tym samym bierzesz na siebie brzemię przeżywania jego sukcesów i porażek. Myślę, że tu sytuacja może być podobna. Ja wiem, że aż tak blisko z przełożonymi nie będziemy ale śmiem twierdzić, że nie jesteśmy im obojętni.

Kadra z CSŁiI stanowi teraz ważną cześć mojego życia. Czy tego chce czy nie ma obecnie ogromny wpływ na to kim jestem a raczej na to kim się staję i na to jakim będę żołnierzem. To z nimi przechodzę przez proces nauki, szkolenia i zmiany samej siebie. Przyznaję, że jestem dość spontaniczna, szalona, ekspresyjna, zawsze mam coś do powiedzenia i bywam przemądrzała. Już dziś wiem, że pod koniec szkolenia jeśli będzie mi dane napisać kolejną część tego pamiętnika, to napiszę, że szer. elew pozbył się kilku cech charakteru próżniaka, a nabył tych bardziej szlachetnych, typu pokora. Zmiany…w moim życiu następują.

 

 

CZĘŚĆ 5 – PIERWSZA…

 

Pierwsza służba

 

Pierwsza służba dyżurnego pododdziału była wydarzeniem, którego jednocześnie oczekiwałam i którego bardzo się bałam. Prócz przygotowania teoretycznego przełożeni wymagali właściwego zachowania się. Takie to oczywiste, jednak naprawdę dość trudne kiedy ma się miesiąc doświadczenia i obycia w tym świecie pełnym wymagań i ograniczeń. W czasie cotygodniowego apelu dowódca kompanii odczytał rozkaz dzienny, w którym zawarto punkt o wyznaczeniu mnie i koleżanki do służby dyżurnego pododdziału na dzień przed złożeniem przysięgi. Stres zatem był podwójny. W nowym mundurze, w czystych butach, z maską MP4, OP1, hełmem i regulaminem w ręku zgłosiłam się na miejsce zbiórki w celu zdania i objęcia służby. Uprzednio jednak, wyznaczony rozkazem dowódcy żołnierz udzielił nam instruktażu i sprawdził nasze przygotowanie. Padły pytania o obowiązki dyżurnego i podoficera dyżurnego a także znajomość alarmów, komunikatów ostrzegawczych i pytania na tak zwane rozumowanie logiczne. Zapamiętałam szczególnie jedno „ co powinien zrobić dyżurny pododdziału, który o godzinie 24:00 zauważy pożar w koszu na śmieci w jednej z izb żołnierskich?”. Odpowiedź dobra to „ taki pożar nie powinien mieć miejsca, ponieważ po ogłoszonym capstrzyku w koszach nie powinno znajdować się nic, kosz powinien być pusty, zatem trudno by metal się zapalił”.

Swój pierwszy meldunek złożyłam pomocnikowi oficera dyżurnego jednostki, który przyszedł do rejonu naszego zakwaterowania. Niestety nie był to meldunek złożony tak jak bym chciała. Ten sam podoficer przyszedł do nas jeszcze nieco później, ale tym razem by sprawdzić zasób naszej wiedzy. Tym razem wypadłam bardzo dobrze, w zamian za co usłyszałam, że powinnam być bardziej pewna siebie, bo jak na pierwszą służbę poziom mojego przygotowania jest wysoki. Dodało mi to skrzydeł. Do rana powtarzałam regułkę meldunku by przy drugiej próbie być już pewną siebie i zrobić to tak jak należy. Sprawdziłam w książce wydawania kluczy o której godzinie wchodzi Pan Major – Komendant OSP i czekałam. Chyba z 10 min stałam na baczność i wpatrywałam się w drzwi. Tego dnia przyszedł nieco później akurat w czasie gdy cały stan osobowy drugiej kompanii stał na zbiórce w celu wyjścia na śniadanie. Z pierwszą kompanią na stołówkę udał się podoficer dyżurny wiec wiedziałam, że meldunek złożę ja. Oczekiwałam z niecierpliwością bo wiedziałam, że przełożony wejść może w każdej chwili. No i wszedł. Krokiem defiladowym w Jego kierunku szłam z myślą – Ewa masz być pewna siebie, jakbyś to robiła po raz setny a nie drugi. Głośno i wyraźnie, przez lewe ramię wydałam komendę „Ośrodek baczność!” i wypowiedziałam słowa meldunku „Panie Majorze, dyżurny Ośrodka Szkolenia Podstawowego, szeregowy elew PTAK-NAJDUCH melduję Ośrodek w czasie realizacji porządku dnia. W czasie pełnienia służby nic ważnego nie wydarzyło się”. Następnie oddałam honor i uśmiechnęłam się sama do siebie. Do biurka podoficera szłam chyba dziesięć centymetrów ponad podłogą, taka byłam podekscytowana, zadowolona z siebie i taka pewna, że to w jaki sposób złożyłam meldunek było osiągnięciem zamierzonego celu. Niby mały sukces ktoś może powiedzieć ale dla mnie to było jak osiągnięcie Mount Everestu. Moja pierwsza służba skończyła się o godzinie 9:00 z wpisem pomocnika oficera do książki meldunków „ …bez uwag”.

 

Pierwsza taktyka

 

Najcięższy wysiłek fizyczny prócz porodu, który wydarzył się w moim życiu ponad sześć lat temu a który oczywiście pamiętam do dziś dnia, to wydarzenia zeszłego tygodnia podczas zajęć z taktyki na terenie poligonu „Skubianka” w Zegrzu. Myślałam, ze płuca mi się rozerwą, a zaznaczę, że nie palę, a mięśnie czułam nawet te o których istnieniu pojęcia nie miałam. Naprawdę były to bardzo ciężkie zajęcia. Bieganie i czołganie się w pełnym oporządzeniu to sprawdzian, prawdziwy sprawdzian dla ciała i psychiki. Brak odpoczynku, bo przerwa w miejscu na kilka minut to żadna przerwa, kiedy przez siedem godzin biegasz w tą i z powrotem, czołgasz się i dźwigasz na sobie odzież ochronną OP1, maskę przeciwgazową MP4 i kbk AKMS.

Zanim pokonaliśmy pas taktyczny o długości około 200 m mieliśmy zajęcia w grupach na poszczególnych punktach. Już tam miałam dość, a czekało mnie pokonanie tego wszystkiego łącznie. Najpierw bieg chyłkiem, czołganie na czworakach, bieg w postawie stojącej i na koniec najcięższe jak dla mnie czołganie na brzuchu. Wszystko to w przygotowanych warunkach bojowych, z przeszkodami inżynieryjnymi, ostrzałem z kbk i hukiem granatów. W dodatku cały czas komendy kierownika zajęć „SZYBCIEJ ŻOŁNIERZU, BIEGIEM! BIEGIEM! NA PRZÓD … Oj ile wysiłku zanim dotarłam do celu, ale dotarłam, wycieńczona ale tez zadowolona, ze dałam radę.

To szkolenie udowadnia mi, że nie zdaję sobie sprawy z tego ile mam w sobie siły, ile determinacji. Niemal każdego dnia przekonuję się, że stać mnie na rzeczy, których w cywilu nawet bym się nie podjęła. Bo tez po co? A tu robię te wszystkie rzeczy, które nie tylko podwyższają moją sprawność fizyczną ale sprawiają, że czuję się silniejsza, bardziej odporna. Pracując jako cywil nie miałam pojęcia, że żołnierze są tak wyszkoleni, że borykają się z takimi wyzwaniami. Wiedziałam, ze jeżdżą na poligony, że na zajęcia do lasu, że korzystają ze strzelnicy, ale pojęcia nie miałam, ze jest to tak ciężkie, tak wymagające i trudne.

 

Pierwsze zajęcia ogniowe

 

Kolejnym nowym i jakże fascynującym doświadczeniem były zajęcia ogniowe. Po określeniu warunków bezpieczeństwa, których naprawdę należy przestrzegać kiedy na pasie mamy broń i wobec których przestrzegania nie ma odstępstw przystąpiliśmy do czynności praktycznych. Moje pierwsze strzelanie, do samolotu, było takim wydarzeniem, że jak tylko skończyłam chciałam to zrobić jeszcze raz. Ależ mi się to podobało. Po przyjęciu pozycji strzeleckiej i komendzie do otwarcia ognia, odbezpieczyłam broń, nastawiłam przełącznik rodzaju ognia na C (ciągły) i nacisnęłam język spustowy. Łuski spadały na ziemię tak szybko, że nie można nawet było ich policzyć. No tak w końcu średnia szybkostrzelność kbk AKMS to 600 pocisków na minutę. Teraz nawet jak to pisze to szybciej serce mi bije. Ciekawe to były zajęcia.

 

 

CZĘŚĆ 6 – TĘSKNOTA

 

Nie chciała rozmawiać

 

Jestem po zajęciach na Skubiance. Wczoraj położyłam się spać zmęczona a dziś wstać musiałam bardzo wcześnie. Ta noc była okropna. Nie dość, że nie mogłam spać to jeszcze śniły mi się same głupoty. Bałam się we śnie i budziłam co chwilę. Wstałam dziś jak z krzyża zdjęta. Odczuwam już skutki i fizycznego i psychicznego zmęczenia. Szkolenie jest naprawdę intensywne. Wstajemy o 5:30 a kładziemy sie spać o 21:30 i cały dzień wykonujemy różne zadania. Raz się uczymy teorii a raz w praktyce szkolimy różne aspekty żołnierskiego fachu. Jest tego tak wiele. Strzelnica i poligon to już miejsca gdzie czujemy się jak u siebie.

Tego pamiętnego bo jakże smutnego dnia, po porannej zaprawie i śniadaniu postanowiłam zadzwonić do domu. Chciałam życzyć Nince miłego dnia zanim wyjdzie do szkoły. Usłyszeć jej milutki głos. Rozmawiałyśmy dosłownie chwilkę, ale wyczułam, że i ona jest jakaś przygnębiona. Nie myliłam się. Powiedziała, że bardzo tęskni i że jej smutno. Pytała o to kiedy do niej wrócę. Serce mnie bolało, kiedy słyszałam jak szlocha. Każda matka może się domyśleć co wtedy czułam. To jak strzał w serce i to tępą strzałą. Nic nie mogłam zrobić, ani przytulić ani pocałować swojego dziecka. Było jej źle a ja … jedyne co mogłam to wysłuchać tego co ma do powiedzenia.

Ninka musiała już wyjść, ja zresztą także bo do zbiórki została minuta. Umówiłyśmy się, że zadzwonię po zajęciach czyli koło 17:20. Czekałam cały dzień na ten moment. Przygotowywałam się do rozmowy, do wytłumaczenia jej ile pozostało do mojego przyjazdu. Że jeszcze tylko troszkę i już ją przytulę, wykapię, pomyziam po pleckach, ucałuję, że razem obejrzymy jakąś bajkę i zaśniemy wtulone w jej ulubionej pościeli Hannah Montanah. Cały dzień dręczyła mnie wyobraźnia. Myślałam, że siedzi w szkolnej ławce i płacze, że na przerwie siedzi gdzieś w kącie sama, nie je i tylko tęskni, a nikt jej nie rozumie bo mamy jej koleżanek są w domu i pewnie gotują obiad, a ja co robię? Biegam z kbk AKMS po polu albo siedzę z regulaminem w dłoni. Tak bardzo pragnęłam ją przytulić i powiedzieć, że już jestem.

Tego dnia zajęcia były dość wymagające. Mieliśmy je na rzutni granatem. To był mój pierwszy rzut granatem. Co prawda szkolnym ale jednak granatem. Chyba wszyscy w plutonie baliśmy się tak samo. Niby jedni mówili, że fajnie, że cieszą się na to wydarzenie, jednak kiedy dostali do ręki zapalnik i mieli uzbroić granat to powaga rysowała się na ich twarzach. Podejrzewam, że podobna do tej która zdobiła moją. Prócz ekscytacji widać było także strach. W końcu to materiał wybuchowy, a nasze doświadczenie z nim było żadne. Był to granat szkolny tzw. błysk-dym. Stresowałam się tym, że wykonam którąś czynność niepoprawnie i granat wybuchnie mi w ręku. Sama czułam, że jestem rozkojarzona a oczywistym jest że w takiej chwili należy być rozważnym i dokładnie wiedzieć co się robi. Doświadczeni żołnierze wiedzą, że póki dźwignię spustową trzymasz palcami wybuch nie nastąpi. Jednak wtedy wiedziałam to tylko w teorii, a gdy słyszę nie bój się to od razu ogarnia mnie lęk. To wynik doświadczeń z czasów dzieciństwa. Chyba większość dobrze pamięta jak w szkole przed wejściem do dentysty mówili nie bój się i co? I bolało. Albo przed szczepieniem…też bolało. Okłamywanie dzieci nie jest dobrym sposobem na naukę wiary w innych, szczególnie gdy Ci inni mówią, że będzie tak a z doświadczenia wynika, że jest inaczej.

Na chwilę przed dojściem do punktu gdzie pobrać miałam zapalnik UZRGM postanowiłam pozostawić te swoje rozterki przynajmniej do 17:20. Po kolei wykonałam czynności do rzutu i rzuciłam granat przed siebie. Nie całe cztery sekundy trwało zanim usłyszałam wybuch. Wykonałam swój pierwszy rzut granatem. Myślę, że poszło mi dość dobrze. Z pewnością nie rzuciłam bardzo daleko, ale co ważne na odległość bezpieczną i dla siebie i dla kierownika zajęć, który cały czas stał tuż obok. Bądź co bądź na zajęciach tego typu nie ma miejsca na lekkomyślność.

Kiedy wracaliśmy z poligonu w miejscowości Skubianka myślałam juz tylko o tym, że zadzwonię do Niny, porozmawiamy, ewentualnie popłaczemy przez telefon i wrócimy do ustaleń, że przyjadę do domu za dwa tygodnie. Mniej więcej co tyle mogłam opuszczać Centrum. Głównym kryterium wyjazdu było zaliczenie teorii u dowódcy drużyny lub plutonu, no i oczywiście właściwe zachowywanie się w ciągu tygodnia szkoleniowego. Z nauką raczej nie mam problemu więc zaliczenie nie stanowiło dużego wyzwania. Tylko ten czas, który z jednej strony mija w CSŁiI tak szybko a z drugiej wlecze się nieubłaganie. Gdy tęsknisz za kimś to jeden dzień do spotkania stanowi udrękę.

Po powrocie weszłam do izby, usiadłam na łóżku, wyjęłam z szafki telefon. Dzwonię. Dziewczyny wiedziały, że jestem przygnębiona. Siedziały obok na swoich łóżkach i czekały ze mną aż Nina podejdzie do telefonu. Odebrał Grześ. Poprosiłam ją do telefonu ale już w tle słyszałam jak mówi, że nie chce ze mną rozmawiać. Mąż prosił ją do telefonu i mówił, że mama dzwoni. Ta chwila trwała i trwała aż usłyszałam, że nie podejdzie. Nie chciała rozmawiać. Płakałam prawie całe to po południe. Było mi tak smutno. Czekałam na tę chwilę cały dzień a ona nie chciała za mną rozmawiać. Ciężko mi się zrobiło. Zadzwoniłam jeszcze raz po sms Grzesia, który napisał, żebym się nie martwiła bo ona rano tęskniła ale po szkole odwiedziła ją koleżanka i świetnie się bawią. W końcu wzięła telefon do reki. W ogóle nie rozumiałam co się dzieje. Rano tęskniła a teraz już nie? Ale potwierdziła słowa taty więc wiedziałam, że jest ok. Miała wesoły głos i jak gdyby nigdy nic zapytała czy mogę zadzwonić jutro bo ona się bawi. Byłam zagubiona. Smutna i zadowolona zarazem. To był długi i bardzo smutny dzień.

Następnego dnia wstałam i jak zawsze poszłam na zaprawę. W czasie biegu zrozumiałam coś, coś do mnie dotarło. Właśnie na takiego człowieka chcę ją wychować. Samodzielna jest już nawet teraz, kiedy ma 6 lat. Przecież o wiele gorzej by było gdyby płakała za mną całe dnie, tęskniła i przeżywała nasze rozstanie. A ona, a ona tęskni ale gdy znajdzie zajęcie po prostu robi swoje, żyje swoim życiem. Bawi się chodzi do szkoły, wykonuje te czynności, które wykonuje każdego dnia. Ja wiem, że tęskni i mnie kocha, że jest dzielna i świetnie sobie radzą beze mnie i w domu i w szkole. Jednak wczoraj moje przygnębienie zaślepiło mi ten obraz. Poczułam się niepotrzebna. Każdy chciałby myśleć, że świat bez niego się zawali ale na szczęście tak nie jest. Teraz nasz kontakt jest ograniczony. Jednak choćby te sporadyczne telefony i wizyty w domu to i tak powód do radości bo mogłabym wcale się z nią nie widywać. To tylko krótkotrwała rozłąka i już niebawem wrócę na stałe. Wyjazdy na poligony trwają o wiele krócej niż to szkolenie więc lepiej żeby teraz było mi ciężej bo później będzie łatwiej.

Nina jest silniejsza niż ja. No i ma wsparcie w tacie, który teraz poświęca jej całą swoją uwagę. A ja mam dziewczyny ze 110 i też dam radę.

 

72 godziny przepustki jednorazowej

 

Jestem w domu z Niną i Grzesiem. Rano mała obudziła mnie buziakiem i tak słodko się do mnie przytuliła. Zapytała czy może pograć w grę na komputerze. Poczułam się jak „u siebie” bo właśnie w każdy weekend z rana pada to samo pytanie. Ze względu na to, że Nina może grać na komputerze tylko w weekendy, każdej soboty po śniadaniu pyta o to samo. To takie miłe, kiedy śpię a ona tak delikatnie mnie budzi by zapytać o pozwolenie. Proza życia ale kiedy nie ma mnie w domu tyle czasu to tęsknię za tym wszystkim. Był jednak czas kiedy chciałam od tego odpocząć, coś w tym życiu zmienić. Jestem żoną od ponad siedmiu lat, mamą od ponad sześciu, a od ponad dwóch pracuję zawodowo. Studia zaczęłam kiedy Nina miała roczek a skończyłam w czerwcu 2012 roku. Sporo obowiązków i spora odpowiedzialność jak na 28-latkę. Ta właśnie, mocno przeze mnie odczuwana odpowiedzialność spowodowała, że chciałam zmian, odpoczynku. Nie spodziewałam się, że NSR mi to da. Jednak zdecydowanie moje szkolenie w służbie przygotowawczej jest formą zmiany życia. Robię teraz rzeczy, których sama po sobie bym się nie spodziewała. Będąc w Zegrzu tęsknię za Ninką tak bardzo ale dziś kiedy jesteśmy tu w domu i już mogłam ją przytulić, pocałować, wykąpać, zjeść z nią posiłek i zasnąć u jej boku, z powrotem myślę o tym, że już jutro będę miała na sobie OP1, maskę przeciwgazową mp4, kbk AKMS i pójdę na poligon, że znowu przełożeni nauczą nas czegoś nowego, że będziemy wykonywać zadanie w grupie. Lubię kiedy tworzymy taką jedność i wspólnymi siłami przemierzamy teren w celu rozpoznania sił wroga, albo idziemy marszem ubezpieczonym i czołgamy się pod osłoną nocy, później odpieramy atak. To takie ekscytujące. Albo kiedy przemierzamy teren skażony w OP1 a później je ściągamy i dosłownie padamy ze zmęczenia. Na koniec jeszcze czyśmy broń, bo zapiaszczonej do magazynu w żadnym przypadku zdać nie można. Wykończeni kładziemy się spać, żeby już następnego dnia wstać i jechać na zajęcia na strzelnicy. W Centrum moje życie jest takie intensywne i takie pełne nowości. Cały czas coś się dzieje. A kiedy już nie mam siły przyjeżdżam do domu i dzięki temu, że spędzam 72 godziny u boku najbliższych wracam tam by znowu działać, szkolić się przeżywać i doświadczać. Coś w tym wojsku jest takiego, że mimo tej ogromnej tęsknoty już za godzinę spakuję torbę i wyjadę do Ośrodka Szkolenia Podstawowego.

To dość dziwne ale tak właśnie jest, że kiedy jestem w Zegrzu tęsknię za rodziną i Lidzbarkiem a kiedy jestem w domu tęsknię za Zegrzem. Kiedy widzę, że moja rodzina tak dobrze sobie radzi to umacniam się w przekonaniu, że mogę w pełni wykorzystać ten czas na szkolenie i wrócić tu za około dwa tygodnie by móc ponownie naładować bateryjki. Czuję, że mnie wspierają i czuję, że mam teraz swoje dwa miejsca na ziemi. I tu i tu jest mi dobrze, i tu i tu czuję się na właściwym miejscu.

W czasie pobytu w domu było tak miło. Do śniadania, które zrobił Grześ leżałyśmy wtulone oglądając bajki na jej ulubionym kanale. Później opowiadała mi o szkole o koleżankach o tym, że na urodzinach Ali bawiły się wyśmienicie malując swoje buzie, że jadły pizzę i biegały po całym mieszkaniu. Powiedziała mi, że jestem jej najpiękniejszą i najukochańszą mamusią...na całym świecie - takie to nasze, moje i jej. Później kawa z mężem, rozmowa o tym co się działo kiedy mnie nie było, omówienie spraw niecierpiących zwłoki czyli wiadomo czynsz i inne opłaty i plany na najbliższe dwa tygodnie. W Zegrzu nie martwię się o to z czego ugotujemy obiad, nie absorbują mnie rzeczy, które na co dzień wykonuje się w domu. Zupełnie inna logistyka, inne problemy, inne zadania do wykonania. Wydaje mi się, pomijając fakt przygotowania fizycznego, że każda matka może być dobrym żołnierzem. Jak to się mówi w wojsku „ogarniać” musi na co dzień tyle rzeczy, że poradzi sobie chyba wszędzie.

Kiedy jestem w domu opowiadam Ninie jak tam jest, co robię, z czym radzę sobie świetnie z czym nieco mniej. Zresztą przyzwyczajona jest do tego, że mama pracuje w wojsku. Myślę, że nie widzi różnicy między tym czasem kiedy pracowałam jako cywil a tym kiedy noszę mundur. Już od dość dawna wiem, że to jest coś co mnie pociąga, ale teraz mimo, że zdarza mi się narzekać na to miedzy innymi, że tęsknię to każdego dnia umacniam się w przekonaniu, ze to jest moje miejsce na ziemi i to właśnie to, chcę robić.

 

 

CZĘŚĆ 7 – PRZED I PO EGZAMINACH

 

Stres przed egzaminami

 

Już niebawem zakończy się pierwszy etap mojego szkolenia do NSR. Po egzaminach, które odbędą się w połowie miesiąca listopad rozpocznę drugi etap czyli szkolenie w Ośrodku Szkolenia Specjalistycznego w Centrum Szkolenia Łączności i Informatyki w Zegrzu. Obecnie skupiam sie na przygotowaniu do egzaminów, które będą uwieńczeniem pracy jaką włożyłam w szkolenie w Ośrodku Szkolenia Podstawowego. To już ponad dwa miesiące od momentu kiedy przekroczyłam progi CSŁiI. Kiedy ten czas tak szybko minął?

W następnym tygodniu odbędą się egzaminy. Pierwszym z nich będzie egzamin ze szkolenia ogniowego. W tym czasie przełożeni sprawdzą mój poziom przygotowania pod kątem wykonania takich czynności jak przyjęcie postawy strzeleckiej i ogólnie rzecz ujmując łącznych czynności do strzelania. No i oczywiście najważniejszym będzie celne oddanie strzałów do tarczy nr 23p. Na ocenę bardzo dobrą, mając do dyspozycji 5 naboi, należy zdobyć 40 punktów. Zatem plan jest taki by nie tylko trafić w tarczę ale jeszcze trafić dość celnie.

W kolejnych dniach odbędzie się egzamin z wychowania fizycznego, teorii a na sam koniec pętla taktyczna. Na pętlę składa się wiele elementów w tym: egzamin praktyczny z łączności, pomoc przedmedyczna, egzamin z terenoznawstwa, OPBMR (ochrona przed bronią masowego rażenia) i szkolenia inżynieryjno-saperskiego. W tym ostatnim należy w czasie 25 min (na ocenę bardzo dobrą) wykonać okop pojedynczy do postawy leżącej. Jego główne wymiary to 170 cm długości, 60 cm szerokości i 30 cm głębokości.

Ten czekający mnie tydzień to prawdziwy sprawdzian dla psychiki i wytrzymałości fizycznej. Czuję już związany z tym stres dlatego każdą chwilę poświęcam na podwyższanie tych umiejętności z których zostanę rozliczona. Wcześniej nie miałam pojęcia, że żołnierz posiada taką wiedzę i tyle umiejętności.

W czasie kiedy mamy przy sobie broń powtarzam jej budowę wymieniając nazewnictwo poszczególnych części, wymieniam kolejne czynności do jej rozłożenia i złożenia. Wielokrotnie rozkładam i składam ją praktycznie by osiągać wymagane czasy. Na ocenę bardzo dobrą, a tylko na takiej mi zależy, do częściowego rozłożenia broni mam do dyspozycji 14 sekund zaś na jej złożenie aż lub tylko 22. Z wiedzy teoretycznej powinnam poradzić sobie dość dobrze bo sporo czasu spędziłam z regulaminem w ręku. Dwa tygodnie nie byłam na ani jednej „stałce” więc naprawdę nie czuję lęku przed testem z teorii. W czasie ostatnich zajęć ogniowych również poszło mi bardzo dobrze więc i o to zbytnio się nie martwię. Tylko ta pętla taktyczna mocno mnie przeraża. Wymaga ona bardzo dobrej kondycji fizycznej, a ja czuję się już przemęczona. Mięśnie mnie bolą, stawy także są moim małym utrapieniem. Ostatnio zaczęłam nawet brać witaminki. Jakby nie patrzeć to te dwa minione miesiące były bardzo wymagające. Szkolenie było intensywne, a że tak powiem przełożeni nie tolerowali zwolnień lekarskich jeśli nie były one konieczne. Mi osobiście zdarzyło się być dwa dni na takim zwolnieniu, zwolnieniu od z zaprawy porannej. Dwa dni przed pójściem do lekarza byliśmy na taktyce. Wiele godzin spędziliśmy w lesie. Pamiętam ulewę, która złapała nas w czasie powrotu do rejonu zakwaterowania. Moje opinacze były mocno przemoczone. Nieco wcześniej zaczęło mnie boleć kolano. Myślałam jednak, że „rozchodzę „ ten ból. I tak też było tylko, że chodząc po lesie w czasie zajęć zaczęłam delikatnie utykać na lewą nogę. W czasie tego utykania piętą ocierałam o but i zrobiłam sobie taki pęcherz, że już następnego dnia nie mogłam włożyć do niego nogi. Po wizycie u lekarza przebiłam pęcherz, oczyściłam go i zabezpieczyłam. Po dwóch dniach brałam już czynny udział w rozruchu porannym. Poza tym nie bolała mnie ani rączka ani główka… wiadomo co mam na myśli.

Wracając do tego mojego strachu przed czekającym mnie wysiłkiem podczas egzaminów… Wiele osób powie, że skoro tak biegam każdego dnia to kondycję mam na pewno dobrą i nie mam się czego bać. Uważam, że to kwestia sporna, bo z pewnością lepszą mam wydolność, ale i zmęczenie z każdym dniem jest coraz większe. Z drugiej strony jednak to faktycznie było tak, że na początku szkolenia po przebiegnięciu jednego okrążenia miałam dość, a teraz po tym jednym moje mięśnie się rozgrzewają i drugie okrążenie biegnie mi się o wiele łatwiej. Moje szkolenie NSR to wieloaspektowy trening…

Marsze na Skubiankę to około 2 km w jedną stronę, w momencie kiedy na nią dochodzę w pełnym oporządzeniu i z bronią jestem już zmęczona a tu jeszcze zajęcia, które często polegają na marszu, czołganiu się czy bieganiu. No i potem powrót do OSP czyli znowu ok. 2 km. Kurcze naprawdę tyle przechodzę? Sama jestem zaskoczona - to faktycznie moja kondycja jest bardzo dobra w porównaniu z tą którą miałam przed szkoleniem. Policzmy… Wychodzi na to, że w ciągu dnia kiedy zaczynam go od zaprawy, później mam zajęcia na poligonie a po powrocie jeszcze w-f, a tak bywało, to przynajmniej 1.2 km pokonuję truchtem, 4 km marszem w pełnym oporządzeniu no i odbywam zajęcia kiedy się czołgam, biegam lub pokonuję teren marszem ubezpieczonym. Na zajęciach z wychowania fizycznego prócz rozgrzewki biegamy np. część OSF (to taki tor przeszkód) lub gramy w piłkę siatkową, nożną lub mamy zajęcia z samoobrony. He He no nic dziwnego, że padam pod koniec dnia. Ale jestem z sobie zadowolona. Nie zrezygnowałam, a wręcz przeciwnie jak to się mówi potocznie „daję radę”. Moje morale właśnie wzrosło. Biorąc pod uwagę początek służby a stan obecny widzę ogromną różnicę, a zaczęło się od kilku kroków na placu apelowym.

 

Poziom wyszkolenia szer. elewa PTAK-NAJDUCH

 

No i jestem już po egzaminach. Pierwszym, który mieliśmy był egzamin ze szkolenia ogniowego. Poszedł mi bardzo dobrze, ponieważ uzyskałam 38 punktów co oznacza, że ocena, którą zdobyłam to „dobry”. Kolejny egzamin odbył się z wychowania fizycznego. Tu stres zmobilizował mnie chyba, bo wyniki, które uzyskam to moje rekordy życiowe. Co prawda nie jestem typem sportowca jednak przed tym jak otrzymałam wiadomość z WKU, że zostałam zakwalifikowana na szkolenie podstawowe zaczęłam intensywnie ćwiczyć. Ostatni miesiąc biegałam, robiłam brzuski i ćwiczyłam na hali sportowej, szczególnie skupiając się na tzn. kopercie czyli biegu na szybkość i zwinność. Dziś wiem, że było warto bo czas jaki uzyskałam w tej konkrecji to 26.2 sekundy. Na piątkę w mojej grupie wiekowej, mam 28 lat więc to grupa druga, miałam do dyspozycji 27.5 sekundy. Bieg na 1000 m poszedł mi również bardzo dobrze. Osiągnięty czas to 4 minuty 50 sekund. Ogólnie wszystkie konkurencje wykonałam na oceny bardzo dobre, prócz pompek, których zrobiłam o 3 za mało. Komisja zaliczyła mi 23 ugięcia ramion na ławeczce. Nie martwi mnie to zbytnio bo pamiętam dobrze, że gdy tu przyszłam robiłam tylko jedną pompkę. Średnia arytmetyczna ze wszystkich konkurencji dała mi notę 5.0 więc jestem z siebie bardzo zadowolona.

Egzamin z teorii tak jak przypuszczałam poszedł mi bardzo dobrze. Może zabrzmi to dość próżnie ale z nauką nie mam problemu od czasów szkoły średniej. Wcześniej niestety należałam do tej grupy uczniów, która ledwo co radziła sobie z przejściem do następnej klasy. Byłam cicha, zagubiona, niewyróżniająca się niczym w żadnym z przedmiotów. Było tak aż do szkoły średniej kiedy zauważyłam, że posiadanie wiedzy i możliwość „mądrowania się” sprawia mi przyjemność. W swoim dorosłym życiu lubię czytać i lubię zdobywać wiedzę, jestem ciekawska i bardziej ambitna. Czasami nawet przesadzam i przeżywam dość duże rozczarowanie kiedy nie osiągam zamierzonego celu. Tak czy siak na egzaminie z teorii mogłam się wykazać.

Po środzie, zresztą jak zwykle to bywa, przyszedł czwartek. Ale nie był to zwykły czwartek, lecz dzień egzaminu z pętli taktycznej. Z samego rana ruszyliśmy na „Skubiankę”. Podzielono nas na grupy dziesięcioosobowe. Pierwszą konkurencją, do której przystąpiłam było wykonanie okopu do postawy leżącej. Muszę przyznać, że pogoda i podłoże w jakim przyszło mi się okopać były sprzyjające. Nie było z tym większego problemu choć to oczywiste, że ręce bolały. Następnym punktem było ładowanie magazynka na czas. 30 naboi w 45 sekund dało mi ocenę bardzo dobrą. Rozkładanie i składanie broni, gdzie jak wcześniej mówiłam potrzeba troszkę szczęścia okazało się być moim czarnym koniem. Ani umiejętności ani szczęścia nie zabrakło! Pobiłam swoje rekordy. Rozłożyłam kbk AKMS w trochę ponad 11 sekund, a złożyłam w 21, czyli także z tej części egzaminu otrzymałam bardzo dobre noty. Kolejnym zadaniem była pomoc przedmedyczna. Wylosowałam zestaw z trzema pytaniami i zadaniem praktycznym do wykonania. Zaznaczyłam właściwe odpowiedzi i poprawnie wykonaniem BLS czyli udzielenie pierwszej pomocy. Zdobyłam kolejne dwie oceny bardzo dobre. Z pewnością pomogły mi w tym wcześniejsze konsultacje z koleżanką z pokoju, która skończyła ratownictwo medyczne. Ale nie tylko to. Szkolenia w pracy, zajęcia na studiach no i sytuacja z autopsji, kiedy to wracając z pracy wraz z mężem udzieliliśmy pierwszej pomocy Panu, który dostał ataku padaczki. Wtedy zaczęłam czytać na ten temat bo zdałam sobie sprawę z tego, że takiej pomocy musi umieć udzielić każdy. Ja tym bardziej bo mam dziecko.

Dalszym punktem w czasie dnia egzaminacyjnego było przyjęcie postawy strzeleckiej i zmiana magazynka na czas oraz ubieranie odzieży ochronnej i maski przeciwgazowej. Niestety z tym drugim poszło mi trochę gorzej. Otrzymałam ocenę dobrą. Chyba nerwy dały o sobie znać. Nie mogłam sie uspokoić i dość długo, zamiast zapinać te guziczki, myślałam tylko o tym by nie zdjąć maski z twarzy. Ta w dodatku mi zaparowała i zrobiło mi się duszno. Walczyłam oczywiście do końca nie poddając się stresowi. Myślałam tylko o tym, żeby nie wpaść w panikę, ubrać to kosmiczne wdzianko a później je zdjąć i długo nawet go nie dotykać. Później zauważyłam, że nie wszyscy sobie poradzili i wpadając w panikę zdejmowali maski. Oznaczało to oczywiście jedno. Pod koniec egzaminu zameldowałam się na stanowisku, gdzie odpowiadaliśmy z terenoznawstwa i nawiązywaliśmy łączność przez radiostację R3501. Najcięższym jednak zadaniem okazało się czołganie i pokonywanie terenu krótkimi skokami. Było już dość zimo, ja byłam zmęczona i głodna. Egzamin trwał kilka godzin, a tu na koniec to czołganie z bronią i w pełnym oporządzeniu. Starałam się jak mogłam, jednak z kolegami nie miałam szans. Doczołgałam się do mety ale przyznaję, że ten sposób pokonywania terenu to moja pięta achillesowa. Zmieściłam się w wymaganym czasie jednak nie miałam tego poczucia, że wykonałam zadanie tak dobrze jakbym chciała. Czyżby przerost ambicji nad możliwościami?

Koniec egzaminu. Po całym dniu zmagań wróciliśmy do Centrum, by odpocząć, zjeść obiad i położyć się…????? NIE!!! Gdzieżby, żołnierz nie ma czasu na odpoczynek. Najpierw obowiązki, zatem broń i odzież ochroną czyściliśmy do późnych godzin nocnych. Przed złożeniem jej do magazynu musiała zostać sprawdzona przez kadrę. Myślałam, że dokładnie ją wyczyściłam i zaoliwiłam a tu przy każdym podejściu okazywało się, że a to rura gazowa jeszcze mogłaby być bardziej czysta, a to otworki w jednej z części, a to suwadło i zamek nie błyszczą się tak jak powinny. No i takich podejść miałam chyba ze cztery, aż nie wyczyściłam swojego „kałacha” idealnie. Teraz nie dziwi mnie już to, że ta broń mimo, że ma tyle lat to nadal nadaje się do strzelania, że nie jest eksponatem. Jak to się potocznie mówi „Jeśli się o coś dba - to się to ma”. Tego dnia nie położyłam się spać, ja padłam i zasnęłam sama nie wiem kiedy. Ta noc była bardzo krótka. Mało tego, rano następnego dnia przed złożeniem broni do magazynu głównego używaliśmy jeszcze sprężarek i ponownie czyściliśmy ją szmatkami i pakułami.

Dopiero około 10:00 zdałam swoją broń i pożegnałam się z nią po ponad dwóch miesiącach wspólnego szkolenia. Wiem, że to dość dziwne, ale gdy wkładałam ją do skrzyni czułam smutek, a nawet teraz gdy to piszę czuję jakiś żal. Czy można się przywiązać do broni? Przecież nienawidziłam jej gdy nosiłam na plecach taką ciężką, kiedy czyściłam zamiast położyć się spać, kiedy wielokrotnie uderzyłam jej częścią o palec czy zraniłam nią dłoń. A teraz czuję żal, że ją oddałam i więcej nie zobaczę. Przewrotne to życie.

W czasie mojej pracy w Sekcji Wychowawczej miałam okazje poznać kilku weteranów. Któregoś razu jeden z nich odwiedził nas by omówić kwestie uczestnictwa członków Związku Weteranów w jednej z uroczystości wojskowych, której byliśmy organizatorami. Zrobiłam kawę i tak jakoś w czasie tej wizyty ten Pan zaczął opowiadać o swoim powrocie z wojny do domu. Służył w armii Andersa. Przyznaję, że wcześniej nie interesowałam się historią, ale słuchanie o niej na lekcjach w szkole ma się nijak do prelekcji człowieka, który na własnej skórze odczuł wojnę. Ciarki mnie przechodzą gdy teraz o tym piszę. W życiu nie czułam tego co czułam gdy Go słuchałam. Siedziałam w fotelu i oczywiście płakałam jak małe dziecko. Wszyscy tam obecni tak siedzieliśmy i jak wmurowani wpatrzeni w Jego twarz nie mogliśmy przestać słuchać tego o czym mówił z takim przejęciem, którego nie da się zapomnieć. Pamiętał wszystkie daty, a nawet dni tygodnia i stan pogody. Mówił gestykulując rękoma, chwilami spuszczał głowę mając łzy w oczach. Opowiedział o tym jak musiał oddać buty za dwa bochenki chleba. Oddał buty a miał jeszcze jedną rzecz, ale tej jak powiedział oddać nie mógł. Była to broń. Oddał buty a nie broń? Zdziwiło mnie to wtedy bardzo. Wtedy… Dziś chyba już to rozumiem. Myślę, że ma ją do dziś, ale to tylko moje przypuszczenie. Opowiadał także o tym jak w Jego kompanii panowała taka wszawica, że wielu zmarło od zakażeń ran z powodu drapania skóry, tak nie od kul jak to zazwyczaj się czyta w książkach. Mówił o tym co żołnierze robili, żeby przeżyć głód i pragnienie, jak znosić musieli zimno i jak bardzo wiele musieli przejść by móc wrócić do domu. A niewielu wróciło. Nigdy w życiu nie zapomnę jednego Jego zdania.„ Janku to Ty? – powiedział do Niego jadący wozem kolega sprzed lat, kiedy ten szedł po drodze nie wiedząc jeszcze o tym, że dotarł na Warmię. Szedł po prostu aż dotarł tu gdzie obecnie mieszka. A ja miałam zaszczyt Go poznać. To bohater, nie taki fikcyjny z książki lecz żywy człowiek, żywa historia, ktoś kto wzbudza mój szacunek.

 

 

CZĘŚĆ 8 – ROZSTANIE Z OSP

 

Wspomnienia

 

Przypomniały mi się właśnie początki, kiedy dostaliśmy z magazynu mundurowego nowe opinacze. Były takie sztywne i po kilku godzinach musztry mocno dawały się we znaki. Myślę, że 90% żołnierzy wie o czym mówię. Za nim dopasowały się do stopy a stopa stałą się bardziej odporna na otarcia to opinacze kojarzyły się z bólem. Najlepszą radą na otarte lub krwawice pięty jest zabezpieczyć plastrami jeszcze zdrowe stopy no i założyć grube skarpetki. Miałyśmy z dziewczynami jeszcze jeden taki nasz, damski patent, który z początku okazał się być dla większości męskiej części plutonu dość kontrowersyjny. Jednak już po kilku godzinach musztry w słońcu, przychodzili do nas po podpaski. Tak takie ze skrzydełkami w dodatku. To właśnie one okazały się być lekiem na całe zło. Klejący spód powodował, że podpaska w bucie nie przesuwa się, siateczka wchłaniała dobrze pot a jej miękkość w porównaniu z oryginalną wkładką była ukojeniem dla obolałych pięt.

Nawet noszenie nowych szpilek nie jest tak bolesne jak noszenie nowych opinaczy. Uśmiecham się teraz bo przypomniała mi się kolejna dość szokująca mnie sytuacja. Po miesiącu szkolenia miałam okazję włożyć szpilki po tym jak po przysiędze wyjechałam z Centrum do domu. Były taki leciutkie i takie mięciutkie ale dobrą chwilę zajęło mi złapanie równowagi. Nie zapomnę też jak kobieco poczułam się w ubraniu cywilnym. No cóż nie da się ukryć, że mundur kobiecości nie podkreśla. Albo moje zdziwienie kiedy weszliśmy do ubikacji a tam „małysze”. W domu jest luksusowo pomyślałam wtedy. Albo wspomnienie o tym jak nie wiedziałam jak rozłożyć niezbędnik no i rzecz jasna jak go złożyć. Niezbędnik to sztućce w pakiecie, którymi albo żołnierz je albo używa ich w przeróżnych sytuacjach. Pamiętam tez bardzo dobrze jak minęła pierwsza noc na sprężynowym MONowskim łożu, pod szarym kocem i w piżamie w krateczkę. Eh jakie cudowne będą to wspomnienia. Nawet te związane z zakazem malowania się czy noszenia rozpuszczonych włosów, albo tym, że w ciągu tego całego czasu na OSP (Ośrodku Szkolenia Podstawowego) przed telewizorem spędziłam łącznie może z pięć godzin, na Internecie jeszcze mniej. Raz tylko byłam u fryzjera żeby zrobić pasemka bo szkoda było czasu na przepustce jednorazowej, która trwa 72 godziny. Lepiej też było spać pół godziny dłużej niż prostować włosy, które i tak chowały się pod hełmem czy beretem. Zakaz siadania na łóżku w ciągu dnia, rozmów przez telefon, jedzenia kiedy się chce, opuszczania budynku bez pozwolenia czy całe te rejony kiedy sprzątasz tak dokładnie, że szyny w szafkach nocnych są czyste, albo antyramy wiszące na korytarzu są jak małe lusterka, albo podnosisz łóżka żeby przypadkiem podmuch otwierających się do izby drzwi nie ukazał jakiegoś „kota” wyfruwającego spod niego i tak jakoś na złość nie zatrzymał się pod nogami przełożonego. Albo kąpiel sztucznych kwiatów zdobiących ściany. Przyznaję, że sprzątania to się nauczyliśmy. No i utrzymywania porządku w szafie też. W środkowej jej części na spodzie dres niebieski, na nim koszulki i ocieplacz, a na koszulkach pas i beret. W górnej części szafki plecak z nieużywanymi właśnie elementami umundurowania, w dolnej oporządzenie. Na szafie hełm i łopatka piechoty, ułożone w tę samą stronę i pod tym samym katem. Koce na łóżkach rozłożone na gładko, z poduszką na wysokości dziesięciu centymetrów od jego górnej krawędzi, w nogach dwa ręczniki. Biały od ściany a kolorowy od wewnętrznej części izby. Buty do biegania pod szafką a klapki kąpielowe ustawione czubkami do wejścia. Na szafce metalowej nic, na parapecie nic, na podłodze nic. Wszystko w wojsku ma swoje miejsce i czas. Ład, skład i porządek jak to mówił jeden z przełożonych.

Teraz umycie włosów to dla mnie kwestia trzech minut, kąpiel też pewnie mniej niż pięć, ubranie się w mundur to moment, podobnie przebranie się z munduru w dres lub z dresu w piżamę. Na początku oczywiście tak nie było. Kilka minut spędzałam na, jakby to opisać, na pogodzeniu się z tym, że tego czasu przełożony dał tak mało, a teraz nie szukam już zgody w sobie na dany rozkaz, teraz go po prostu wykonuję. Nie zastanawiam się nad tym czy to ma sens a jak ma to jaki. Wiem, że nie ma sensu dyskutować. Ileż było kłótni o kąpiel, że jak to tak mało czasu, kobieta nie zdąży w kilka minut się wykapać i ubrać, że to nie może tak być, że nas tyle a tak mało prysznicy. Śmieszy mnie to teraz bo otóż moje drogie panie, zdąży a nawet zostanie chwila na nakremowanie wysmaganej wiatrem buzi.

Fajnie będzie to wszystko wspominać. Naprawdę mimo, że bywało ciężko.

 

Ostatni dzień w OSP

 

Od samego rana wszyscy chodziliśmy jacyś tacy przygnębieni. Każdy miał świadomość, ze to ostatni dzień w OSP, ostatni dzień z naszą kadrą i w pokojach w konfiguracji znanej od jakiegoś, zaznaczmy dłuższego czasu. Te dwa miesiące to może nie zbyt długo jeśli wziąć pod uwagę kalendarz, jednak gdy łączy takie doświadczenie jak szkolenie w OSP to szmat czasu. To wiele wspólnie spędzonych chwil radości i smutku, niesamowitego wysiłku i zmiany samego siebie. To zdecydowanie czas, który pozwolił nam się ze sobą zżyć i już wiem, że w przyszłości za sobą tęsknić. Jest mi teraz smutno.

Tego ostatniego dnia po pobraniu broni z magazynu pododdziałowego, poszliśmy na śniadanie. Pluton 21, mój pluton! Nie będę kłamać, nie lubię w nim wszystkich osób ale to nie ma znaczenia. Byliśmy całością i mimo, że nie wszyscy się tolerowaliśmy to tworzyliśmy grupę, która udowodniła, że może wzajemnie na siebie liczyć kiedy sytuacja tego wymaga. 21 pluton to pluton, którego byłam, jestem i będą częścią i teraz i już na zawsze.

Na śniadanie maszerowaliśmy w zupełnej ciszy, wśród …no właśnie, zauważyłam w czasie tego marszu jak piękne drzewa rośną w Centrum. Widziałam je wcześniej, ale tego dnia były tak piękne, że przykuły moją uwagę bardziej niż wszystko inne co mnie otaczało. Takie kolorowe i różnorodne, jedne żółto-brązowe, czerwono-pomarańczowe a inne bardziej zielone. Mamy listopad, ale tego dnia było ciepło bo świeciło słońce. A one tak stały i opuszczały swoje konary nad głowami maszerującego 21 plutonu. Zastanawiałam się ile widziały już wcześniej, ilu takim jak my towarzyszyły w drodze na stołówkę. Delikatnie powiewał wiatr. Czas jakoś zwolnił. Atmosfera była dość smutna ale mi było dobrze na sercu. Pomyślałam, że to będzie dobry dzień na egzamin, dobry dzień na koniec tej przygody. Największej przygody w moim życiu.

Po egzaminach spotkaliśmy się na korytarzu z nasza kadrą, podziękowaliśmy im za ten wspólnie spędzony czas, za wysiłek, za życzliwość, za wiedzę którą nam przekazali i za to, że są takimi żołnierzami i ludźmi jakimi są. Oni podziękowali nam i uścisnęli nam dłoń, każdemu z osobna. My ich żołnierzami byliśmy, a Oni naszą kadrą.

Naprawdę jest mi smutno bo nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo się do nich przywiązałam, jak bardzo będę tęsknic za Nimi i za tym czasem kiedy stawałam się żołnierzem, bo śmiem twierdzić że się nim stałam. Nigdy nie zachowam się źle wobec naszej flagi narodowej, ani nie zlekceważę już czasu gdy odgrywany będzie hymn narodowy i zawsze z dumą będę oddawać honory przełożonym i stać na baczność przed grobami poległych żołnierzy. Z szacunkiem do tego co polskie, co nasze, co wywalczone i okupione cierpieniem.

Dziękuję Wam za ten czas i mam nadzieję, że jako żołnierz nie przyniosę Wam wstydu, a jeśli tak będzie to chcę byście wiedzieli, że to przez moją niewiedzę a nie złe zamiary.


Dziś podpisuję się z dumą

szer. elew Ewa PTAK-NAJDUCH



 

 

CZĘŚĆ 9 – OSS

 

Tydzień teorii

 

W połowie listopada kiedy aura zmieniła się na zimową nastąpiły jeszcze inne zmiany. W momencie kiedy ukończyłam szkolenie w Ośrodku Szkolenia Podstawowego z wynikiem pozytywnym, awansowałam rzec można do kolejnego etapu szkolenia służby przygotowawczej czyli do uczestnictwa w szkoleniu w Ośrodku Szkolenia Specjalistycznego. W tym momencie zmieniła się nie tylko podległość służbowa, ale i przydział do izby żołnierskiej, w której zamieszkałam z Kaśką P; Kaśką S oraz Julitą Sz. Muszę przyznać, że szybko się polubiłyśmy więc ta zmiana nie była dla mnie trudną. Nie mogę jednak powiedzieć tego samego o toku szkolenia w OSS. Dosłownie wróciłam na chwilę na studia. Zaczął się nowy tydzień a wraz z nim wykłady teorii z zakresu łączności. Anteny, fale, radiostacje, tabele dyżurnego radiotelegrafisty, telegramy, sygnały itd. Z początku nic nie rozumiałam, po prostu „czarna magia”. Zupełnie nowy temat, a zakres materiału był bardzo szeroki. Na pierwszych zajęciach zapisałam około 12 stron w zeszycie, a zaznaczę, że pisałam linijka pod linijką. Byłam przerażona bo przecież i ten etap szkolenia miał zakończyć się egzaminem.

 

Teoria uzupełniona o praktykę

 

W drugim tygodniu szkolenia specjalistycznego przeszliśmy do zajęć praktycznych. Zapoznano nas z rożnymi typami radiostacji. Wielokrotnie programowaliśmy je by w konsekwencji móc nawiązać łączność. Komunikat na wyświetlaczu IN SYNC oznaczał sukces. Następnie poprawne wywołanie korespondenta, sprawdzenie jego tożsamości i można było liczyć na pochwałę ze strony wykładowcy. Oczywiście nie tylko wzrokową, każde zajęcia zaczynały się pytaniami kontrolnymi zatem staraliśmy się przygotowywać żeby umieć na nie odpowiedzieć.

W trzecim tygodniu szkolenia skróty SSB, AFF, DFF, FHOP, SCANNING, ALE czy ORTHO nie były już tajemniczymi kombinacjami liter, a termin zakres częstotliwości czy rodzaj transmisji nie brzmiał tak przerażająco. W czasie godzin wykładowych i praktycznych wyposażono nas w spory zasób wiedzy. Tempo nauki było bardzo duże, jednak zawsze można było poprosić o pomoc lub zapytać bardziej doświadczonych żołnierzy łącznościowców. Mieliśmy też okazję programować radiostacje na wozach dowodzenia i poznać ich wyposażenie. Podsumowując, intensywność zajęć i samokształcenie w czasie wolnym pozwoliło nam przygotować się do egzaminu końcowego, który zdałam na ocenę dobrą. W między czasie odbył się jeszcze egzamin z taktyki oraz strzelania nr 2 czyli strzelania do pojawiającego się celu. Średnia arytmetyczna z tych trzech komponentów oraz ocena ze szkolenia podstawowego pozwoliła mi ukończyć szkolenie służby przygotowawczej do NSR z wynikiem „dobry”.

 

Koniec jednego to początek drugiego …

 

Z jednej strony smutek a z drugiej radość… takie uczucia towarzyszyły mi przez ostatnie dwa dni w Zegrzu. Cieszyłam się, że dotrwałam do końca, że egzaminy zdałam dość dobrze, że do Ninki i męża wracam, ale czułam tez jakiś żal bo skończyć się za chwilę miała ta przygoda życia. Droga przemiany z cywila na żołnierza była długa, kręta, pełna wyrzeczeń i ograniczeń ale i interesująca, wyjątkowa i jakże indywidualna. Chyba każdy z nas, żołnierzy trzeciego turnusu służby przygotowawczej do NSR roku 2012 przeszedł przemianę. Ja zdecydowanie tak. A teraz pora na powrót i próbę wykorzystania tych zdobytych umiejętności. Koniec jednego to początek drugiego …


szer. elew Ewa PTAK-NAJDUCH



<<< powrót